Logowanie/Rejestracja

Szukaj książek


Szukaj treści



Czat
Jako niezalogowany oblicz: 8*8:

Ostatnio odwiedzający
♂rafar ()
Nieobecny ()
♀edyta ()
gotomasz ()
wolt ()
oraz 2319 niezalogowanych...
Zaprzyjaźnione serwisy
|

Musierowicz Małgorzata

Kraj pochodzenia: Polska
Dodany przez system ()

Komentarze

W tej chwili jest dodany żaden komentarz
Dodaj komentarz Dodaj książkę tego autora

Dzieła autora

Brulion Bebe B. Brulion Bebe B.
Całuski pani Darling Całuski pani Darling
Córka Robrojka Córka Robrojka
Czarna polewka Czarna polewka
Czerwony helikopter Czerwony helikopter
Dziecko piątku Dziecko piątku
Feblik Feblik
Frywolitki, czyli ostatnio przeczytałam książkę Frywolitki, czyli ostatnio przeczytałam książkę
Hihopter Hihopter
Ida sierpniowa Ida sierpniowa
Imieniny Imieniny
Język Trolli Język Trolli
Kalamburka Kalamburka
Kłamczucha Kłamczucha
Kwiat kalafiora Kwiat kalafiora
Łasuch literacki Łasuch literacki
Małomówny i rodzina Małomówny i rodzina
Noelka Noelka
Nutria i Nerwus Nutria i Nerwus
Opium w rosole Opium w rosole
Pulpecja Pulpecja
Sprężyna Sprężyna
Szósta klepka Szósta klepka
Tygrys i Róża Tygrys i Róża
Tym razem serio Tym razem serio
Wnuczka do orzechów Wnuczka do orzechów
Znajomi z zerówki Znajomi z zerówki
Żaba Żaba
Znasz inne książki tego autora? zarejestruj się, aby móc budować treść serwisu

Tagi, jakimi są określane książki autora

Cytaty autora

Imieniny, ♀Aleksandra0709 ()
Teraz do pokoju wkroczyła twardym krokiem ciotka Ida, prowadząc obu malców za wywijające się rączki. – Siadać, panowie – zakomenderowała, sadowiąc chłopców na kanapce. – Jest tylko jeden sposób na to, żebyście mogli wziąć udział w uroczystości rodzinnej: wzorowe zachowanie. Od tej chwili, powtarzam, od tej chwili będziecie się zachowywać jak dwa alabastrowe anioły cmentarne, czyli będziecie sobie kulturalnie gwarzyć z dziadkiem i ciocią, zresztą, róbcie sobie, co tam chcecie, byle na siedząco i po cichu. Zrozumiano?
– Zrozumiano – padła karna, podwójna odpowiedź. Ida powiedziała \"Nnno!\", i odeszła, stukając z impetem obcasami. Natychmiast potem Józinek – rumiany osiłek o zamglonych oczkach i ryżej czuprynce uczesanej na jeża – wyrżnął kuzyna w bok z taką siłą, że solenizant sfrunął z krawędzi kanapki i siadł z impetem na podłodze. Tam na moment stracił dech. Kiedy wstał, podjął natychmiastową próbę odwetu. Ponieważ jednak z natury był łagodniejszy i zapewne mniej zdeterminowany niż syn Idy, zamach mu się nie powiódł: Józinek, stabilnie wparty ciężkim tyłeczkiem w tapicerkę, ani drgnął.
Wobec tego Ignacy Grzegorz z całą rozwagą dał mu w ucho.
Józinek wystrzelił w powietrze jak pocisk i zaatakował kuzyna bykiem w brzuch.
– Dużym błędem jest – zauważył spokojnie dziadek Borejko, wpatrując się z zachwytem w dwa krzepkie ciałka wnuków, tarzających się po podłodze jak małe niedźwiadki – sadzanie ich w tak bliskiej odległości od siebie. Na miejscu Idy raczej bym ich rozdzielał możliwie znaczną przestrzenią. Chłopcy, uspokójcie się w tej chwili!
Ignacy Grzegorz natychmiast posłuchał rozkazu dziadka i zamarł w bezruchu, wskutek czego Józinek bez trudu powalił go na łopatki i usiadł mu okrakiem na głowie.
(...) Właśnie wtedy przytłoczony i upokorzony Ignacy Grzegorz, w poczuciu bezgranicznej krzywdy, ugryzł go dotkliwie w pośladek.
Żaba, ♀Aleksandra0709 ()
Ciocia, której nie łączyło ścisłe pokrewieństwo z Żeromskim, była ogniście rudą, bardzo szczupłą pieguską około czterdziestki. Dostępu do niej broniła zażywna pielęgniarka, ale Żeromski pokonał tę przeszkodę w jednej chwili i już byli w gabinecie, gdzie pani doktor siedziała za biurkiem odziana w kusy kitelek, z przeciwnej strony blatu wystawiając bardzo zgrabne nogi. Jej przenikliwie zielone oczy spojrzały ku wejściu tak, jakby w nich miała zoom oraz migawkę.
– O. Który to z was? – zadała zaskakujące pytanie.
– To ja – rzekł Żeromski. – Piotr.
– Ach, Piotr. Pogorszyło ci się?
Pogorszyło mu się bez wątpienia, drwiąco pomyślała Żaba, podczas gdy jej obecny opiekun i protektor odparł pogodnie:
– Skąd ciociu. Krople pomogły. Wszystko mi w nosie wyschło na wiór. Jak zwykle przyprowadziłem cioci pacjentkę, reklamuję Medikulus, gdzie się da. Ale proszę potraktować ją ulgowo, bo to ja ją wepchnęłem pod malucha.
– Ach, tak?
– Tak. Sama by tego przenigdy nie zrobiła, jest doskonale wychowana.
– To pewne, że samej siebie nie wepchnęłaby pod malucha – zakpiła pani doktor, strzelając w niego skośnym spojrzeniem. – Ale gdybym chciała leczyć za darmo wszystkie twoje ofiary, nie miałabym na chleb. Halo, siadaj!!! – tu złapała za łokieć Żabę, która, obrażona i zła, już leciała do wyjścia, kapiąc krwią po płytach posadzki.
– Żartuje. Otwieraj usta – to rzekłszy, zalała oczy pacjentki białym światłem lampy bezcieniowej. – Kolanami zajmiemy sią za chwilę. Rękę też masz otartą. A pani kim jest?
Zagadnięta w ten sposób pani Sznytek wyjawiła, kim jest.
– Ach, nauczycielką – złowróżbnie powtórzyła pani doktor. – Mam syna w szkole podstawowej. A więc, jak rozumiem, w pani obecności uczennica wpadła pod samochód?
– Jaki samochód? – zdziwiła się szczerze pani Sznytek.
Żeromski wyprodukował ostrzegawcze spojrzenie i zrobił znaczący grymas.
– Nie, nie, ciociu, absolutnie nie, pani dopiero nadbiegła, kiedy uczennica – cóż, nie wpadła, nie wpadła, tylko upadła, upadła, tak, dobrze mówię, upadła w pobliżu małego fiata. Trudno upaść na jezdni nie będąc zarazem w pobliżu jakiegoś pojazdu. To samochód sobie jedzie, to znów jakiś rowerek... pojazdy inwalidzkie...
– Żeromski! Ty mi jeszcze opowiesz, jak było naprawdę! – przejrzała go pani Sznytek.
– Ależ po co – uprzejmie odparł jej uczeń. – Są sytuacje, do których lepiej nie wracać pamięcią. Zresztą, nic poważnego się nie stało. Prawda, ciociu?
Noelka, ♀Aleksandra0709 ()
– O siódmej będzie tu Marek z rodziną – powiedziała histerycznie Ida. – Zróbcie coś ze sobą, rany Julek, żebyście choć przez dwie godziny wyglądali na ludzi normalnych. Dlaczego u innych ludzi zawsze wszystko gra i ojciec rodziny nigdy nie leży w Wigilię na podłodze owinięty brudnymi szmatami?!
Zaległa dość długa, bolesna cisza.
– Skąd wiesz? – spytał nagle ojciec Borejko z melancholią, w dwu palcach unosząc rąbek firanki i przypatrując się mu pod światło. – Może leży.
– Kto?... – zdziwiła się Ida.
– Ten ojciec – odparł ojciec.
– Jaki?!
– Ten owinięty brudnymi szmatami. U tych innych ludzi.
– Tato! – krzyknęła Ida. – Są chwile, kiedy ja cię nie pojmuję.
– Zdarza się – rzekł ojciec. – Bywa. To właśnie w takich chwilach dzieci postanawiają opuścić dom i rodziców i zakładają własne rodziny. Niby normalne. Jednakże pewną melancholią napawa mnie fakt, że osoba, której osobiście zmieniałem pieluchy, odchodzi ode mnie właśnie wtedy, gdy złamałem kręgosłup.
– Nie złamałeś, tato, kręgosłupa – powiedziała Ida przez zęby. – I nie wiem, co mają pieluchy do kręgosłupa. W ogóle, jeśli ja się znam na medycynie...
– Ja nie wiem, czy ty się znasz, Iduś – wtrącił ojciec łagodnie. – Otóż to. Nie jestem tego taki pewien. W tym sęk.
– Znam się! – wrzasnęła Ida.
– Ida, proszę się nie drzeć – zwrócił jej uwagę ojciec. – O cóż ci chodzi do prawdy. To ty użyłaś słowa JEŚLI, nie ja.
– Dobrze więc, otóż jeśli ja się znam na medycynie...
– A widzisz? – przyłapał ją triumfalnie ojciec. – JEŚLI! JEŚLI!
– ... to ty masz zwichnięcie kości ogonowej. Zobaczysz, doktor Kowalik tylko to potwierdzi. Niepotrzebnie go fatygujesz.
Więcej